Reklama

Misja Ibrahima z Tromsø

Kurier.BB
08/07/2021 08:09

Karawana leniwie podążała na południe. Naniesione przez wiatr łachy piasku i kurzu nie zatarły jeszcze pracy dawnych drogowców. To była kiedyś dwupasmowa szosa dla samochodów.

Nazywano ją „drogą szybkiego ruchu”, choć słyszał, że bywała tak zatłoczona, iż pojazdy poruszały się po niej z prędkością niewiele wyższą niż oni teraz. Droga była pusta. Wiatr ganiał po niej kule, niekiedy o średnicy równej wzrostowi człowieka. Ich ażurowa konstrukcja była dziełem natury. Składały się na nią zeschnięte trawy, jakieś wyschłe gałązki kolczastych krzewów. Tych nielicznych, które umiały przetrwać w owych stepowo-pustynnych okolicach. Ale były też ślady ludzi, zamieszkujących niegdyś te strony. Śmieci, które po nich pozostały. Jakieś strzępy tkanin, papieru. Jakieś lekkie a niezniszczalne skrawki tzw. tworzyw sztucznych. Patrzył na nie obojętnie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni widzieli dziesiątki takich obiektów, różnej wielkości. Gdyby nie były tak częste, można by je uznać za główną atrakcję wyprawy. 
W niektórych miejscach droga całkiem znikała pod burożółtymi wydmami, tak że tylko śledzenie piaskowego garbu nad zasypanymi barierami z metalu, które oddzielały pasy jezdni, pozwalało trzymać się szlaku. Objuczone zwierzęta stąpały krok za krokiem. Były zadowolone. Ostatnią noc spędziły w oazie nad strumieniem. Kiedyś była to wielka rzeka, dziś – skromny ciek, przypominający dawną świetność podczas letnich burz, połączonych z obfitymi, acz krótkotrwałymi opadami, co było zbawienne, i katastrofalnymi wichurami, których lepiej było się strzec, choć nie wiadomo jak. W takie dni w korycie otoczonym zbyt wysokimi wałami woda utrzymywała się najdłużej. W lipcu czasem nawet przez tydzień przeprawa była niemożliwa. Skromny strumyk stawał się w te dni błotnistą rzeką nie do przejścia, a dawny most zniszczono podczas wojny wodnej. Mieli jednak szczęście. Dotarli tu po okresie wielkich burz, więc przeprawa była już możliwa, a wody jeszcze nie brakowało. Bez trudu napełnili zbiorniki transportowane przez wielbłądy stanowiące towarową część karawany. Kiedy rankiem ruszyli dalej, było chłodno. Jak na tutejsze warunki. Zaledwie 36 stopni.

– Już za chwilę będziemy – pomyślał z ulgą i pewnym podnieceniem, ocierając czoło. Nazywał się Ibrahim Kovacs i kierował tą nieliczną wyprawą. Źle znosił tutejszy klimat, choć urodził się w opuszczonym mieście, do którego zmierzali. Był ciekaw, co zastanie; pamiętał tylko migawki ze wczesnego dzieciństwa. Trudno odróżnić, co było wspomnieniem, a co wyobrażeniem powstałym według opowiadań rodziców. Wyjechali na północ ze wszystkimi, kiedy miał trzy lata. Nie dało się już tu mieszkać. 

Reklama

Wychował się już w Tromsø, gdzie osiadło wiele osób z tych stron. To główne miasto wyspy, której natura (umiarkowane temperatury, dzień polarny od maja do lipca, polarna noc od listopada do stycznia) stała się dla dzieciaka z południa środowiskiem naturalnym. – U nas trzydzieści stopni to wydarzenie, o którym trąbią media – pomyślał, patrząc na podróżny termometr, który wskazywał już 37. Lubił góry i spacery w lesie. Rozczulał go widok zorzy polarnej. Kiedy dowiedział się w szkole o exodusie miliarderów, wierzył, że zorza jest jakimś komunikatem od nich. Było tak, że w lipcu 2040 roku trzy  firmy należące do najbogatszych ludzi zorganizowały komercyjną wyprawę do granic Układu Słonecznego. Bilety kosztowały krocie, ale zebrało się 10 tysięcy chętnych. W rzeczywistości ten jakoby ekstrawagancki sposób na długie wakacje to była wielka ucieczka. I ostatni jak dotąd lot człowieka w kosmos. Kilka lat później przyszedł ostatni wysłany przez nich komunikat. Był krótki, słaby i zaszumiony. Niektórzy odczytywali go jako „Bye, bye”, inni jako „Bóg istnieje”; do dzisiaj zaproponowano dziesiątki innych odczytań. W podstawówce Ibrahim wierzył, że w zorzy zaszyfrowane są znaki od tych ostatnich astronautów. Gdy lepiej poznał naturę ludzką, zrozumiał, że exodus był tchórzliwą ucieczką przed wyzwaniami, jakie stanęły przed planetą, za której właścicieli chcieli uchodzić organizatorzy lotu. 

W mieście, od którego dzieliło go już naprawdę niewiele drogi, pobrali się jego rodzice. Ojciec pochodził z oddalonego o około 350 kilometrów stąd Budapesztu. – Byłoby fajnie i tam dotrzeć, ale chyba nie damy rady – pomyślał, zerkając znów na termometr. Jego tata sprowadził się tutaj, kiedy wysechł Balaton. Był urzędnikiem emigracyjnego rządu węgierskiego kierowanego przez sędziwą Victorię Orbán, która wybrała to miasto na pierwszą, tymczasową siedzibę rządu na uchodźstwie, bo przypominało jej dom – tak jak węgierska stolica składało się pierwotnie z dwu miast rozdzielonych rzeką, podobna była też najstarsza architektura. A poza tym leżało na szlaku wielkiej wędrówki klimatycznej, która w dużej mierze odbywała się pieszo. Przeprawa przez góry jest uciążliwa, więc główny szlak na północ prowadził przez obniżenie pomiędzy wielkimi łańcuchami górskimi. A u wylotu Morva Kapu – Bramy Nadziei –  leżało miasto, do którego zmierzał. Ojciec poznał mamę jeszcze w Budapeszcie, należała do pierwszego pokolenia emigrantów klimatycznych z południa, którym Victoria Orbán zezwoliła się osiedlać. Ze względów humanitarnych nie dało się dłużej kontynuować polityki, którą zapoczątkował jej przodek, założyciel dynastii. Zresztą wypędzeni z domów przez piekielny upał i głód uciekinierzy od dawna nie zważali na lokalne zakazy. Nie mieli wyjścia. – Dzisiaj na Bliskim Wschodzie, skąd przyszła mama, będzie z 50 stopni. Jeśli nie więcej –  pomyślał.

Reklama

Miał serdecznie dość płaskiego krajobrazu. Od Darłowa, jedynego czynnego portu na południowym wybrzeżu bajora zwanego kiedyś Morzem Bałtyckim, dokąd dotarli po uciążliwej podróży obfitującej w ataki żarłocznych komarzyc i gdzie wsiedli na wielbłądy, podróż przebiegała przez tereny, na których nudę stepu i pustyni pointowała, zaburzana niekiedy przez niewielkie wzgórza, płaskość horyzontu. Przyzwyczajony do gór Tromsø, Ibrahim naprawdę źle to znosił.

– Tfu – splunął, gdy mijali walce zbiorników, pozostałych po niewielkiej rafinerii ropy. Tego nieeleganckiego zwyczaju nabył w organizacji młodzieżowej, pod koniec podstawówki. Należało okazywać pogardę obiektom związanym ze zbrodniczym wykorzystywaniu paliw kopalnych. To było dość ekstremistyczne, przyznawał, a dziś zdecydowanie nie przystawało do siwych włosów, które już zaczynały srebrzyć mu skronie,ale nie mógł się powstrzymać. – Najgorzej było wczoraj– pomyślał. Przechodzili przez teren obfitujący w wieże kopalń węgla, zmienionych podobno w jakieś muzea, ale jednak. Przez całą drogę spluwał na widok ruin stacji benzynowych czy wraków samochodów, ale wczoraj to było naprawdę apogeum. – Tfu – splunął znowu, widząc kominy dawnej elektrowni. – Czy to się nigdy nie skończy?

Reklama

Karawana leniwie wdrapywała się na wzniesienie. Po chwili oczom wędrowców ukazała się panorama miasta, które było celem podróży, uwieńczona wstęgą najprawdziwszych gór. Te kamieniste, dość łagodne kopce, całkiem łyse, nie licząc ciemniejszych pasm drzew w górnych partiach najwyższych szczytów, wyglądały może mniej dramatycznie, niż to co znali z domu, ale wystarczyły, by wędrowcy z Tromsø odetchnęli z ulgą. A darłowscy wielbłądnicy, którzy takich gór w życiu nie widzieli, nie mogli się powstrzymać od przeciągłego „Ahaaa”, wyrażającego i zachwyt, i zdziwienie. Tylko wielbłądom było wszystko jedno.

Janusz Legoń

Reklama

c.d.n.

 

Na zdjęciu wyspa Tromsøya, widok z 2011 roku. Foto: Snurre86

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości