Studia dziennikarskie zaczęłam za czasów słusznie uznanych za minione. Słowo cenzura znałam już wcześniej. Słowo znane/nieznane.
Od 1946 roku istniała w Polsce instytucja, która sprawdzała czym karmione są umysły obywateli. Oczywiście w różnych historycznych etapach (odwilży po śmierci Stalina, czy wybuchu Solidarności) nożyczki cenzorskie ciachały bardziej lub mniej. Była to struktura zinstytucjonalizowana, o wdzięcznej nazwie Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, uzbrojona w wojewódzkie macki. Cenzorzy mogli ciąć, zabraniać, wyrzucać, usuwać, wymazywać, kasować, tępić.
Nie chcę tej bajeczki zmienić w histeryczno-historyczny elaborat. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się jak działała – wbrew konstytucyjnym zapiskom – cenzura w Polsce Ludowej, internet podsunie stosowne treści. Skupię się na tym, jak namieszała ludziom w głowach i że wciąż odczuwamy jej skutki.
Uważam się za osobę inteligentną i wykształconą, o relatywnie szerokich horyzontach. Jako zasmarkana gówniara i nastolatka byłam indoktrynowana. Uczono mnie tego, co władze komunistyczne chciały. Wygrzebywałam się z tej wiedzy kolejnych trzydzieści lat. Myślałam, że zniszczyłam w sobie wrednego Homo Sovieticus, albo przynajmniej zagrzebałam tak starannie, że nie ma prawa się wydostać. Gdzieś w czeluściach Mordoru albo innego piekła. On jednak wyłazi i pokazuje środowy palec. W ten sposób chce powiedzieć, że metody, dzięki którym ugrzązł we mnie, działają. Władza była w stanie zrobić ludziom wodę z mózgu wiele wieków przed narodzeniem Chrystusa. Dzisiaj robi to lepiej, bo trzyma w łapskach nowoczesne zabawki.
Jednym z cenzorskich instrumentów była lista książek zakazanych. Dla dorosłych i dla dzieci. Nie palono ich na stosach, jak w Niemczech i Austrii w imię narodowego socjalizmu. Systematycznie wyrywano z bibliotecznych półek i niszczono, tym razem w imię marksizmu/leninizmu/stalinizmu i Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Znalazły się na niej takie nazwiska jak Sławomir Mrożek, Czesław Miłosz czy Gustaw Herling Grudziński. Ich twórczość przebijała się jednak czasami do pierwszego obiegu i zna ją każdy średnio wykształcony Polak.
A kto pamięta o przedwojennym autorze, który na swoim koncie ma niemal setkę publikacji. O kim mowa? O autorze biografii Lenina, która tak rozwścieczyła sowieckich komunistów, że postanowili jego nazwisko wymazać z kart historii i literatury, tym samym skazując na wieczną niepamięć. Facet miał szczęście, że zmarł w styczniu 1945 roku, zanim czerwonoarmiści „wyzwolili” Warszawę.
Kto dziś pamięta, kim był Ferdynand Antoni Ossendowski? Za Wikipedią: polski pisarz, dziennikarz, podróżnik, antykomunista, nauczyciel akademicki, działacz polityczny, naukowy i społeczny. Napisał 77 książek, które wydano w 150 przekładach na 20 języków. Swego czasu należał do piątki najbardziej poczytnych pisarzy na świecie, a jego książki porównywano z dziełami Kiplinga, Londona czy Maya. W latach międzywojennych łączny nakład książek „polskiego Karola Maya” sięgnął 80 mln egzemplarzy. Biorąc pod uwagę książki przełożone na języki obce, Ossendowski zajął wówczas drugie miejsce po Henryku Sienkiewiczu i do dziś nikomu nie udało się go w tej kategorii pobić.
Teraz ręka do góry, kto czytał Ossendowskiego, na przykład Przez kraj ludzi, zwierząt i Bogów. Albo jakąś inną książkę. Niewielu, śmiem twierdzić.
Bo zbiorową pamięcią można łatwo sterować, gdy się ma ku temu odpowiednie narzędzia.
Chciałam uniknąć naukowych odniesień, nie udało się. Zatem naukowo. Według definicji sformułowanej przez medioznawcę Tomasza Gobana-Klasa cenzura rządowa jest narzędziem służącym władzy państwowej do kształtowania i utrzymywania oficjalnej wersji «prawdy». Może obejmować wszelkie środki komunikowania się i wszelkie środki ekspresji – artystycznej, naukowej czy politycznej, jakie uzna potencjalnie za wywrotowe. Jakieś skojarzenia z obecną sytuacją w Polsce?
Na koniec jeszcze przytoczę klasyka, Stefana Kisielewskiego, który w swoich Dziennikach pisał o cenzurze: Coś niesłychanego! Drobiazgowo wyliczone, o czym nie wolno pisać, na przykład wybuchu gazów, o orzeczeniach Sądu Najwyższego [...]. Do tego lista nazwisk zakazanych i podejrzanych (ja też jestem), a także wersja oficjalna o Katyniu – sowiecka oczywiście. Ci ludzie wszystko wiedzą o swoich zbrodniach i bzdurach, to są cynicy najwięksi, jacy istnieją (…). Niewolnik jest niewolnikiem dopóki o swojej niewoli nie wie!.
To jak to jest, moi Szanowni Czytelnicy z tą cenzurą? Uprzejmie zapytuję…
Jolanta Reisch-Klose
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze