W założonej przez Fryderyka Olearczyka jednej z pierwszych prywatnych rozgłośni w Polsce – bielskiej Delcie (13 kwietnia minie 30 lat od pierwszej audycji!), kiedy właściciel jeszcze nie do końca akceptował, na czym polega komercyjne radio, jedną z audycji były felietony wygłaszane przez kilkoro lokalnych dziennikarzy, każdy innego dnia. Z tych felietonów najdłużej opierały się naciskowi komercji wystąpienia Andrzeja Jakubiczki, może dlatego, że był przewodniczącym komisji kultury w ratuszu. Przez jakiś czas i ja miałem tam swoje okienko.
W pierwszych dniach marca 1992 przypominałem na falach eteru sylwetkę Rudolfa Luszczaka – urodzony w 1902 na Leszczynach, zmarł właśnie jako niespełna dziewięćdziesięciolatek.
Jego biografia jest symboliczna dla losów kultury w Bielsku i Białej, zwłaszcza dla historii polskiego życia teatralnego, łącząc jego nić amatorską i profesjonalną. Swoją pracą łączył obydwa miasta jeszcze przed formalnym zjednoczeniem. Amatorską działalność teatralną prowadził najpierw w Białej, a od 1934 związał się z Sekcją Dramatyczną Towarzystwa Teatru Polskiego (TTP) w Bielsku. Po wojnie działał nadal w odrodzonej (i konkurującej z nowo powstałym Teatrem Polskim) Sekcji Dramatycznej, która – przyjmując wówczas różne nazwy – grała m.in. operetkę z jego librettem „Melodie serc”. Po likwidacji Sekcji w 1950 znalazł się w zespole Teatru Polskiego, gdzie jako zawodowy aktor pracował do czerwca 1981 (od 1971 jako emeryt).
Te felietony były wygaszane na żywo. Kiedy skończyłem czytać tekst, usłyszałem, jak prowadzący program Maciej Barcik w tempie, „na zakładkę”, apeluje do słuchaczy:
– Kto pamięta Luszczaka, niech dzwoni! – i muzyczka.
– Co ty robisz?! A może nikt nie zadzwoni? Człowiek od dwudziestu lat na emeryturze, od dziesięciu nie był na scenie! – strofuję kolegę. Ustaliliśmy, że to my musimy zatelefonować. Pierwszą osobą, jaka mi przyszła do głowy, była właśnie Maria Koterbska, bo jej ojciec, kompozytor Władysław Koterbski, był jednym z animatorów TTP. Przeszłość bielskiej sceny była wtedy słabo opisana – kilka wydawnictw jubileuszowych i kilka artykułów Andrzeja Linerta, późniejszego autora monografii. Miałem to „naczytane”, pamiętałem różne szczegóły, ale oczywiście nie byłem przygotowany do wywiadu. Kanałami teatralnymi udało się zdobyć telefon do Pani Marii, dzwonimy. Rozmowa idzie na żywo. Koterbska bardzo się ucieszyła, że może opowiedzieć o Luszczaku, bo nie udało jej się być na jego pogrzebie. Pod koniec zadaję pytanie dotyczące jej samej. – Historycy odnotowali – cytuję z pamięci za Linertem – że osiemnastoletnia Marysia Koterbska wystąpiła w pierwszym polskim przedstawieniu w bielskim teatrze po wojnie, „Krakowiakach i Góralach” Jana Nepomucena Kamińskiego, 16 czerwca 1945. Na scenie przy ul. 1 Maja 1, ale w wykonaniu odrodzonej Sekcji Dramatycznej, której aktywiści mieli nadzieję, że to oni, będą tworzyć stały polski teatr w tym mieście. Przedstawienie reżyserował Luszczak. – Proszę coś opowiedzieć o tym spektaklu – mówię.
– Nic nie pamiętam! – usłyszałem w odpowiedzi. Moje zdumienie trwało chwilę, aż zrozumiałem, że popełniłem gafę: wypomniałem kobiecie wiek! Może pani Maria rzeczywiście nie pamiętała tego wydarzenia, ale kiedy kilka lat później zaczęła celebrować kolejne jubileusze, za każdym razem przypominałem sobie ten epizod. Pierwsze przedstawienie po wojnie – i zapomniała. Chyba w 1992 nie była jeszcze gotowa do roli świadka historii.
Do domu Pani Marii trafiłem gdzieś w 2005, kiedy Grażyna i Tomasz Lorek założyli zespół wokalny 4x4 Singers i postanowili pierwszą płytę („Szafa gra”) poświęcić piosenkom Koterbskiej. Miałem im pomóc opracowaniu graficznym okładki. Pojechaliśmy do Pani Marii na herbatkę, żeby uzgodnić szczegóły. Ja z duszą na ramieniu, efekt mrożący gafy sprzed lat wciąż działał. Ale i Grażyna z Tomkiem podchodzili do sprawy z wielkim pietyzmem, a do Artystki – z respektem. Taka była: serdeczna, uśmiechnięta, ale budziła respekt.
Jeśli o mnie chodzi, adres przy Sempołowskiej został „odczarowany”. Może dlatego, kiedy w ramach Święta Ulicy 11 Listopada, które w latach 2007-2010 organizowała Barbara Kropka (Biuro Promocji i Wystaw Astra), miałem zrobić okolicznościową jednodniówkę (bodaj w 2008), pomyślałem, że Pani Maria może coś nam o tej ulicy opowiedzieć. Spotkanie było bardzo miłe i zabawne, pamiętam opowieść o cukierni na rogu Barlickiego i Stojałowskiego i o podrywaniu nastoletniej Marysi przez dziedzica pałacyku w Kozach. Ale najbardziej zapamiętałem, jak do rozmowy próbował włączyć się ze swoimi wspomnieniami mąż Pani Marii, Jan Frankl – serdeczny człowiek o niezwykłym poczuciu humoru. Był wytrwały i choć małżonka go strofowała, udało mu się jednak parę razy wciąć do rozmowy, co jak się zdaje, udokumentowałem w tym wywiadzie. Musiał mieć swoje sposoby, skoro spędzili razem 80 lat! Pan Jan zmarł 14 lutego 2020. Dziesięć lat wcześniej przeżył udar mózgu, jeździł na wózku, a Pani Maria się nim zajmowała. Byli świetną parą.
Ostatni huczny jubileusz Pani Maria obchodziła w 2014, jakżeby inaczej – na scenie bielskiego teatru. Imponowała formą i energią. A może tylko ja odnosiłem takie wrażenie, oglądałem to przedsięwzięcie z wozu transmisyjnego telewizji, będąc reprezentantem teatru u boku realizatora, który z godną podziwu zręcznością żonglował ujęciami z poszczególnych kamer – obraz był transmitowany na żywo na telebim przed teatrem, gdzie zgromadził się spory tłum bielszczan chcących uczcić swoją Wielką Sąsiadkę.
W październiku czy grudniu ubiegłego roku, w czasie jednego z nielicznych ze względu na pandemię wypadów do Instytutu Teatralnego, zostałem poproszony o pomoc w kontakcie z Panią Marią. Teresa Drozda – dziennikarka radiowa, specjalizująca się m.in. w tematyce związanej z piosenką literacką, chciała umówić się na wywiad. Dzwonię do sekretariatu TP, potwierdzam numer telefonu. – Odbierze opiekunka, a później skontaktuje się Roman Frankl (syn artystki) – uprzedziła Urszula Szczurek. Tak się stało. Okazało się, że Pani Maria bardzo chętnie udzieli wywiadu, a syn będzie w Bielsku w dogodnym dla Teresy czasie i może być obecny przy nagraniu. Niestety, spotkanie nie mogło się odbyć w umówionym terminie – ostatni wywiad Marii Koterbskiej nie doszedł do skutku.
Janusz Legoń
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze