Reklama

Plwajmy i zstąpmy

Kurier.BB
01/02/2022 09:11

Początkowo myślałem, żeby tu dzisiaj skupić się nad zawodowym harakiri popełnionym przez lokalny portal. Każdy jest kowalem swojego losu, a jednak żal pracujących tam ludzi, których skrywający się pod kryptonimem „kj” kolega (koleżanka?) wciąga w bagno zawodowej nikczemności. Inicjały paszkwilanta nie wiadomo czyje, więc odium niesławy spada na każdego stamtąd. Współczuję zwłaszcza facetom – jak się golić, odwracając twarz od lustra? 


Kiedy myśląc o tym, międliłem w ustach słówka pochodzenia łacińskiego, za zagrodą mózgoczaszki odnalazłem wreszcie sentencję „Cui bono, qui prodest”. Każdy paszkwil, donos czy atak hejterski starannie zaciera tożsamość twórcy, często jednak zawiera wskazówki na temat intencji i inspiracji. Chodzi przecież o to, żeby patron, któremu delator czy hejter służą lub w którego łaski próbują się wkraść, zauważył i docenił „życzliwego”. „O! rękę karaj, nie ślepy miecz” – czytamy w pieśni patriotycznej (z której, ku kompromitacji chichoczących niedouków, wziął kiedyś słowa o „innych szatanach” JK, ten z Żoliborza, a nie z ratusza). A czyjaż to łapka wątła macha ubrudzonym patyczkiem? W poszukiwaniu odpowiedzi łatwo popaść w symetryzm, a odkąd w młodości udało mi się uniknąć rozmiękczenia mózgu i wyhodowania włosów między palcami, unikam wszelkich -izmów jak ognia. Warto w tej sytuacji skorzystać z rady, której udzielił Piotr Wysocki (ten sportretowany w „Dziadach”, a nie nestor bielskiego dziennikarstwa), gdy patrzył na skorumpowanych ludzieńków w salonie warszawskim: „plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.
Na taką wyprawę – do głębi – zaprasza nas książka „Okruchy większej całości”, kilka miesięcy temu wydana przez krakowską Austerię. Pierwsza to bodaj w historii literatury polskiej rzecz o Komorowicach(!), choć na karcie tytułowej widnieje fotografia megalitycznego kręgu ze Stonehenge. Ta niegdysiejsza wieś pod Bielskiem-Białą („pochłonięta przez miasto”) nie jest w tej książce miejscem jedynym – mowa też o samym Bielsku, Krakowie, Lanckoronie, Londynie i jeszcze kilku okolicach istotnych dla autora. Komorowice są jednak najważniejsze. Magiczne podbeskidzkie Macondo. Scena dzieciństwa.
„Okruchy…” to wspomnienia mężczyzny w sile wieku, który w dziwnym czasie pierwszych fal pandemii wraca pamięcią z brytyjskiego oddalenia do lat dziecinnych. Wydawałoby się – cóż banalniejszego. Tak, znajdziemy w tej książce wspomnienie pożaru rafinerii w Czechowicach, czuły konterfekt komorowickiego kościoła pw. św. Jana Chrzciciela i wspomnienie drewnianej świątyni, która w latach czterdziestych została przeniesiona do Woli Justowskiej, by po latach zagrać w filmie „Potop” (to tam zrehabilitowano Kmicica, by Oleńka mogła powiedzieć „Jędruś, ran twych niegodnam…”). Zapisany jest w książce wygląd lokalnej poczty z urzędniczkami, które na łokciach miały (kto z Państwa wie, po co?) gumki od weków i łomotały odbijanymi na znaczkach pieczątkami. Zapamiętany jest niepowtarzalny zapach przyklejonej do Domu Ludowego gospody Pajta („śmierdziała piwem i moczem”), sportretowani: kościelny – morderca cielaka, lokalny fryzjer i krawiec Staszek. Zapisane wizyty kolędników i tabor cygański. Szkolne bójki i inne sceny dziecięcego okrucieństwa, takie jak przymusowe doprowadzenie niewierzącej Antosi na katechezę przez trzech chłopców (w tym autora) przygotowujących się do pierwszej komunii. I drastyczna historia z czasów liceum – wyprawa z dwojgiem kolegów do Warszawy, z noclegiem pod adresem otrzymanym od jednego z kumpli w szkole, który omal nie skończył się przymusową inicjacją homoseksualną. I jeszcze dosłowne dotknięcie ostatecznej tajemnicy – w dziwnym rytuale, któremu autor został poddany za sprawą własnej babci, która, by nie bał się śmierci, poleciła mu dotknąć stopę zmarłego dzień wcześniej sąsiada.
Świat, którego już nie ma. Opisany z fotograficzną, a właściwie multimedialną troską o szczegół: oprócz wyglądów, autor notuje dźwięki, a zwłaszcza zapachy (przedstawia się nawet jako ich kolekcjoner). Opowieść podzielona jest na krótkie rozdziały, opatrzone tytułem określającym główny temat, precyzyjne w opisie choć oszczędne w słowach, czułe, a wolne od czułostkowości. W czasach Sienkiewicza i Prusa nazwano by je pewnie obrazkami – tamci pisarze przybliżali kulturalnej publiczności egzotyczny świat życia ludu. Tu też pachnie egzotyką, godną pióra Kapuścińskiego; minęło ledwo pół wieku, a czyta się te zapiski jak relację z odległych zakątków Afryki czy jakiś runiczny tekst wyryty na którymś z głazów ustawionych w krąg ku czci słońca i księżyca. Tu jednak perspektywa opowiadania jest inna. Narrator patrzy oczyma dziecka, z żabiej perspektywy, wiele rzeczy i spraw doświadcza po raz pierwszy, ma jednak świadomość dzisiejszą – wieloletniego emigranta, który odbył nawet podróż dookoła globu śladami Phileasa Fogga. Przede wszystkim odmienny niż u Prusaczy Kapuścińskiego jest jego związek z tym, co opisuje. To jego własny świat. Niegdyś był niedorosłym obserwatorem środowiska, w którym przyszło mu żyć, dziś tytułowe okruchy wydobywa z pamięci jako składniki swej dorosłej tożsamości.
To nie fikcja, lecz wspomnienie. Spośród innych wyróżniające się odważną intymnością. W tej osobistej próbie odpowiedzi na pytanie „dlaczego jestem, jaki jestem?”, czytelnik uczestniczy z bardzo bliska. Głównymi bohaterami opowieścią, oprócz autora-narratora, jego najbliżsi – zwłaszcza rodzice, co zapowiada już zdjęcie na okładce. Czytelnik dopuszczany jest do rodzinnych sekretów z zaskakującą otwartością. Poznajemy ojca, dotkniętego depresją maniakalną i regularnie trafiającego na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Poznajemy matkę, która mimo przeciwności walczy o rodzinę. I niełatwe relacje autora z bratem.
„Ojca ratowała miłość mamy. To ona po tygodniu ciężkiej pracy wsiadała o świcie do PKS-u i jechała w odwiedziny do Rybnika. (…) Wspieraliśmy matkę. Starszy brat stał się dla niej z czasem partnerem i powiernikiem, ja byłem nadwornym błaznem. (…) Mojemu bratu przypadł cięższy obowiązek, mnie znacznie lżejszy. Różne w życiu bywają długi, a my obaj zawdzięczamy matce wiele. (…) Byliśmy blisko siebie, nawet gdy ojciec odlatywał i lądował w szpitalu sto kilometrów dalej” – czytamy.
Chyba najbardziej poruszające jest w tej książce dwukrotne(!) odniesienie do chwili własnego poczęcia. „Zdecydowała się na mnie mimo choroby ojca. Pewnie dopiero co wrócił ze szpitala albo zawiozą go tam niedługo. Ale tamtej nocy, wbrew rozsądkowi, zmajstrowali coś więcej niż okrzyk rozkoszy. (…) Ale ja nie zdarzyłem się przypadkiem. Byłem wykrzyknikiem postawionym z miłości” – czytamy w pewnym miejscu. Kilkadziesiąt stron dalej temat powraca: „Mamo! To przecież dzięki wam jestem na świecie. Mogłaś powiedzieć NIE tamtej nocy, a on mógł nie nalegać. Wiedzieliście o chorobie wszystko, a i tak zdecydowaliście się na mnie. Nie z woli męża czy uległości żony. Z waszej miłości powstałem”.
Autorem tej wybitnej książki jest Bogdan Frymorgen, bielszczanin z Komorowic, absolwent czwartego liceum, anglista i fotografik (kilka jego zdjęć ilustruje książkę), a przede wszystkim– radiowiec od wielu lat mieszkający w Londynie, gdzie pracował w BBC World Service, a obecnie jest korespondentem radia RMF. Gdyby w BBC podchodził do dziennikarstwa tak, jak anonim z tutejszego portalu, musiałby ponownie starać się o pracę w smażalni ryb Savasha Ramseya, gdzie zaczynał na Wyspach.

Janusz Legoń
PS. Od 1 lutego autor czyta w odcinkach fragmenty „Okruchów” na antenie radia RMF Classic.
 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości